sobota, 30 sierpnia 2014

4.

4.
    Ocykam się cała obolała. Ból promieniuje od rany, która rozpościera się od zadu aż do tyłu głowy. Powolutku otwieram oczy, jakby to miało zmniejszyć moje cierpienie. Prostuję jasną kończynę, która mnie boli i delikatnie odwracam głowę, a potem wprowadzam w ruch szyję, szukając mamy. Valencja - moja mama - leży za mną potulnie i cierpi razem ze mną. Wtem moim oczom ukazuje się zaschnięty czerwony płyn znajdujący się na słomie oraz mej sierści, co bardzo mnie przeraża.
- C-co... się stało? - pytam cichutko, ponieważ z niepokoju aż kręci mi się w głowie.
- Shhhhhhhhhhhh... - uspokaja mnie mama bardzo delikatnie, próbując mnie nie rozdrażnić. Pamięta, że jeżeli nie dowiem się tego, czego chcę, straszliwie się wkurzę.
- Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć, tylko debilnie mnie shhhhhhhhhasz? Mam prawo mieć świadomość!!! - irytuję się, próbuję wstać i uciekać, niestety jak na złość blokuje mnie coś podejrzanego. Mam tego dość!
    Przechodzi to wokół mojego brzucha i strasznie ściska - dopiero teraz zwracam na to uwagę. Tak, wiem, iż prawie wszystko nazywam "coś", no ale cóż zrobić, skoro nie znam nazw tych rzeczy. Nie ufam już nikomu, nie ufam! Zakopałabym moimi mimo, że maleńkimi kopytami tą Janette i tego głupiego Hasera, który myśli, że to on tu rządzi! Mama tylko bezradnie leży i patrzy, jak szaleję.
    Rzucając się i analizując, jak bardzo ich nienawidzę, słyszę jakieś szmery, na które nie zwracam tak czy siak większej uwagi.
- Córeczko! Stój! Chodź tu do mnie, USPOKÓJ SIĘ! - mama gwałtownie krzyczy. - Czuję obcy zapach. Więc zamknij się i podejdź do mnie! - ulegle podchodzę... i myśleć, że to ja chciałam rządzić!
- Masz stać cicho - mamrocze. - A najlepiej połóżmy się i oddychajmy bardzo, bardzo cicho - instruuje mnie.
- Tak, wszystko to wykonam, ale powiedz mi jedynie, co się dzieje... - usiłuję zrozumieć.
- CICHO! - powoli dochodzi do mnie, iż jesteśmy w niebezpieczeństwie...
    Wśród mroku nastawiam uszu. Czuję też wiele paskudnych zapachów. Razem, w milczeniu, nasłuchujemy każdego, choćby najcichszego dźwięku. Mieszanina nieznanych, cichych, ledwo słyszalnych odgłosów: kroki, szepty, rzadkie upadanie maleńkich przedmiotów, rozmowy. To wszystko jest mi tak znane - wykonywane co dzień przez Janette i Hasera - a zarazem tak nieznane - są to obce osoby...
    Nagle da się zauważyć jednego z napastników. Jest to wysoki chłop (nie da się o nim ładniej powiedzieć, gdyż już stąd czuję jego śmierdzący kłamstwem oraz... no, sikami zapach) ubrany na czarno. Jedynie na głowie ma coś żółtego, z czego wyłania się jego otyła twarz. Nagle daje się słyszeć ostrożnie prowadzoną rozmowę. Każdy z nich co moment ostrożnie odwraca się za siebie, jakby miał ich kto zaatakować.
- Nie możemy rozmawiać, by ktoś nas nie usłyszał - zaczyna jeden z nich. - Jednakże musimy to rozplanować.
- Mówiłem, by wszystko ułożyć przed napadem? - komentuje ostro inny. To ten, który jest na widoku. - Mówiłem?!
- Tak czy siak, kłótnia nic nie zmieni, tylko pogorszy sprawę. Po prostu szepczmy, teraz kłóceniem się nic nie wniesiecie. - dodaje trzeci, swoją wypowiedzią kończąc kłótnię.
- A więc... zacznijmy spisek. - słyszę już zadowolony głos i przecieranie rąk.
- Przyczepa stoi, uwiązy mamy. Trzeba cicho otworzyć boksy i dać koniom kostkę cukru. Pogłaskać, a następnie bardzo delikatnie zarzucić linkę i złapać jej koniec od drugiej strony. Wyprowadzić cenne konie...
- A możemy spalić pozostałe? Proszę, proszę!
- Tak. Tylko te bezcenne, bo możemy jeszcze kiedyś napaść... Ahhh, to będzie piękny widok... Koń w płomieniach.
- Mhm! To jest to!
    Słyszę otwieranie boksów, przemieszczanie się kopyt oraz ciche i niespokojne rżenie koni, tłumione tonami kostek cukru.
    Czy oni chcą nas zabić? Czy Janette i Haser nie widzą tego zza okna? Nie słyszą? Czy może też wysłali specjalnych zabójców, ponieważ sami nie są na tyle odważni, by samemu nas zgładzić?
    Wtulam się w słomę i nasłuchuję. Dziwnie się czuję.
    Ci ludzie z bliska są jeszcze gorsi. Śmierdzą, cuchną i nie wiem, co jeszcze. Przez chwilę czuję, jak umieram, gdy słyszę straszliwy zgrzyt otwieranego boksu obok.
- Awww! - mamroczę do siebie i zaciskam zęby oraz przymykam oczy.
Przedziera się przeze mnie, niczym ból. Zaczyna od grzywy, a kończy na ogonie. Zawsze jest taki, ale atmosfera sprawia, że paskudnie się boję. Mama wtula się we mnie i szepcze mi cichutko do ucha.
- Możemy się już nigdy nie spotkać. Ale nie bój się, na pewno nie umrzesz. Raz już takie coś przeżyłam. Wszystko będzie ok - próbuje podnieść mnie na duchu mama, lecz i to mało co pomaga.
- Jak to? Ale co ze mną będzie? I z tobą? Przecież jesteś tu, więc nie wiem, w czym problem. Dlaczego wszystkie konie się boją? I wszystkie są zdenerwowane?
Mama nie odpowiada. Wiem, że nie powinnam ją już dodatkowo wkurzać, bo i tak sprawa jest tragiczna.
- Żebyś wiedziała... ten obok, to twój ojciec. - zmienia temat.
    Czemu się mną nie interesował? Wciąż stał obok...
- Ten ogier nie jest niczego wart. - nagle słyszę głos. - Spalcie go, jak wyprowadzimy resztę.
Moja mama przygląda się z niedowierzaniem tym ludziom. Widzę, że jej oczy się szklą. Rozumie, co oni mówią?
- M...mmój... - słychać jej jęki...
Spoglądamy krytycznie, gdy słychać otwieranie się naszego boksu...
    Wszystko zastyga w powietrzu. Obcych widać idealnie. Wpatrują się w nas... moja mama wstaje i dumnie mnie zasłania.
- Będę cię bronić, do samego końca... - mówi, patrzy w ich stronę.
Spoglądam w jej oczy.
    Staje dęba i kopie prosto w twarz jednego z ludzi.
- DAJ JEJ W ŁEB! - słyszę krzyki.
    Nie orientuję się, co się dzieje. Wszystko leci tak szybko.
    Nagle słychać wystrzał.
    Rozpryska się krew.
    Jej ciało powoli opada.
    Jest coraz niżej.
    Słyszę huk jej upadającego, białego jak chmury ciała.
    Przestaje się ruszać.

***
Szczerze się popłakałam, pisząc ten rozdział. Nie jestem w stanie dodać nic więcej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz