poniedziałek, 25 sierpnia 2014

1.

1.
    Wiele ludzi kocha konie. Niestety, nie każdy je rozumie.
    Jest mi ciasno. Coś mnie wypycha. Nagle czuję zimno, nie wiem, dlaczego. Dzieje się coś złego. Zadem dotykam czegoś, czego na pewno jeszcze nigdy nie dotykałam. Mam ochotę znów wejść do brzucha mamy, ale w końcu czuję to na całej sobie. Otwieram oczy i widzę wielką, siwą klacz. Próbuję wstać, ale nie mogę. Czuję się jak kokon. Powoli prostuję kończyny i rozstawiam je jak żaba, próbując się unieść. Jednak co chwilę się przewracam. Mamusia liże mnie, a ja czuję jej cieplutki język na mojej sierści. Gdzie ja jestem? Biorę się w garść. Muszę wrócić, ale nie wiem, którędy. 
    Już wiem, że powrót jest niewykonalny, ledwo godzę się z tym, co się stało. Jestem spragniona, oszołomiona i głodna. Mam tego dosyć - unoszę się na kopytach i chwiejnym krokiem szukam źródła pokarmu. Nadal myślę o cieple w brzuchu mamy. Natychmiast zostaję sprowadzona łbem matki na odpowiednią drogę. Zachłannie łapię sutek i memłę mleko z jej brzucha. Jest pyszne, tym bardziej, że jestem głodna. Jestem pełna i nuży mnie sen, więc powoli zamykam śliczne oczy i odchodzę w świat marzeń i snów. Ten dzień był męczący dla mnie jak i dla mamy, więc trzeba odpocząć.
    Budzę się, gdy przez okienko nade mną wpada słońce. Razi mnie i jest mi cieplej, niż wczoraj. Z rozkoszą przymykam dopiero co otworzone ślepia. Długo nie mogę nacieszyć się tą chwilą, słyszę szmer. Rozglądam się i analizuję, że mama już dawno wstała. Nerwowo kręci łbem, jakby działo się coś złego. Napięcie w powietrzu jest duże. Nerwowo kręci łbem, jakby działo się coś złego.  Zwrócony on bowiem jest w stronę drugiego, gniadego konia. Wyczuwam, że on również jest nerwowy i nie rozumiem sytuacji. Spoglądam na nią z nadzieją, że wyjaśni mi, co się dzieje, ale ona udaje, że mnie nie zauważa! Myślenie przerywa mi odgłos kroków. Zmierzają w naszą stronę, a wtedy mama się uspokaja i podchodzi do drzwiczek boksu. Ten drugi koń zresztą też.
Zauważam wysoką kobietę.
- Witam was, moje wierzchowce – mówi wesoło nieznana mi istota, po czym wchodzi do białego konia i daje mu siano i wodę. – Wyspani? Tak? To dobrze. Może Valencja dzisiaj uro… - wtem kobieta spogląda na mnie, a następnie na moją mamę. – Urodziłaś! Kochanie, urodziłaś! – krzyczy, a ja chowam się za mamę. Nie ufam tej kobiecie, przynajmniej na razie. Drze się jak opętana.
Podchodzi bliżej. Oglądam ją i zauważam, że ma piękne, karmelowe oczy. Jej źrenice poszerzają się z zachwytu, niczym efekt specjalny. Ładna to jest, ale charakter ma taki sobie... Wystawia rękę, by pogłaskać mamę. Ona i ta pani chyba dawno się już zaprzyjaźniły. Jednak nie sądzę, by mi się spodobała...
- Ohhh, Valencjo, urodziłaś piękne źrebię! – zaczęła mnie oglądać z każdej strony. Czuję, jakby ktoś naruszał moją prywatność. – Jest... albinosem? Valencjo... ZDAŁAŚ SIĘ NA MEDAL! NASZ PIERWSZY ALBINOS W STAJNI! Ma takie piękne, niebieskie oczy... – zachwyca się znów czymś ta kobieta. Jest za głośna, jak na mój gust.
Tajemniczo chowa rękę za siebie, a wyciąga ją z powrotem razem z czymś czerwonym, pięknie lśniącym i podtyka mi to pod nos. Wącham. Pachnie nieźle, mmm, ale nie ufam jej. Może chcieć mnie otruć. Znam ją tak krótko, a wydaje mi się, że jest do wszystkiego zdolna!
- Zjedz – odzywa się nagle, a ja aż się wzdrygam. – Jest świeże, niczym poranna rosa. Sama wiesz, jak świeża jest rosa na trawie… Zaraz, w końcu ty nawet na krok nie wyszłaś z boksu! Przepraszam, ale niedługo tak się stanie! Ahhh, obiecuję ci to. Ehh, trzeba będzie cię oswoić, a to zajmie mi sporo wysiłku i czasu, ale myślę, że powinnam zaznajomić cię z Haserem. To mój mąż. Uhhh, nie przedstawiłam się! Jestem Janette. Zjesz to jabłko, czy będziesz się tak na mnie gapić? – wzdycha kobieta. Szkoda, że nic nie rozumiem, ale z jej głosu wreszcie wnioskuję, iż ma dobre intencje.
Raz się żyje, myślę i podchodzę bliżej, ale nadal jestem daleko od upragnionego, lśniącego przedmiotu. Dostaję jedynie nagrodę słowną.
- Robisz postępy i to szybkie, albinosku. Twoja matka nie była tak łatwa w oswojeniu, jak ty, a to bardzo dobrze – mówi.
A jeśli to pułapka? Jeżeli teraz mówi potulnie, a za moment złapie mnie i utnie mi każde kolejne kopyto ze szczególnym okrucieństwem? Szybko uskakuję, jakby już miotała siekierą i robię to tak niezręcznie, że Janette szczerze się śmieje.
- Faktycznie, powinnam przedstawić cię Haserowi. Sama nie dam rady cię oswoić… -  mamrocze, czuję jej niezadowolenie. To chyba dlatego, że nie udaje jej się mnie okaleczyć.
    Pewna, że kobieta chce mnie zabić, kładę się i myślę o wszystkim, co się dzisiaj zdarzyło, po czym zapadam w głęboki sen, utulona obok mamy...

***
Nie musicie mi wytykać, że rozdziały są krótkie. Inaczej widocznie nie potrafię. Mam nadzieję, że choć trochę się podobało. Muszę kończyć, bo niestety jestem poganiana, by wyjść z psem na dwór. Do zobaczenia! A raczej przeczytania. :3

1 komentarz: