poniedziałek, 25 sierpnia 2014

2.

2.
    Budzi mnie straszliwy zgrzyt. Nie rozpoznaję go, więc zrywam się na równe nogi i wtykam nos w dziurkę w drzwiczkach. Mama raptownie się budzi. 
-  Nie bój się, kochanie. To tylko Haser tnie każde kolejne drzewo, robiąc je bezwstydnie łyse. Nie wiem, co to za nawyk, ale uwielbiam tarzać się w tych liściach. To takie radosne. Ale gdyby robił tak z naszą sierścią, nie byłabym wcale taka zadowolona! – żartuje moja mama.
- Mamuniu, co to jest, to, co Janette wczoraj mi dawała? To, no wiesz, co tak ładnie lśniło i było czerwone? - chcę koniecznie wiedzieć.
- To jest jabłko, kochanie, jabłko. - powtarza mama dwa razy, abym dobrze zapamiętała.
- Mamo, a jak ty się właściwie nazywasz? – pytam.
- Słyszałaś przecież, jak Janette mówiła. Jestem Valencja. – tłumaczy mi delikatnie moja mama, od teraz pamiętam, że Valencja.
- A fajny jest ten Haser? - ciągnę kolejne pytanie.
- Jestem mu uległa, bo wiem, że to on tu rządzi. Kiedyś go ugryzłam... do dziś wspominam, jak mnie uderzył.
Patrzę na mamę z grymasem. Wtem słyszymy jakieś kroki. Nie był to zapach Janette. Wparowuje mężczyzna, chyba to jest ten cały Haser. Podśpiewuje radośnie, jak gdyby nigdy nic.
- Jak tam, koniki? – pyta – Valencjo, kochana kobyłko! Słyszałam, iż wczoraj wydałaś na świat urodziwą klaczkę! Podobno albinoska. Ahhh, jestem taki zadowolony – szczęśliwie papla.
Podchodzi. Przyglądam mu się. Jego twarz jest bardzo jasna, a oczy brązowe, co wspólnie tworzy bardzo dziwną mieszankę. Otwiera powoli nasz boks, a przy tym upiornie zgrzyta i pogwizduje. Mam ochotę zatkać uszy, ale nie mam jak, więc tylko chowam głowę w siano. Gdy hałas cichnie, unoszę łeb. On wygląda strasznie i czuję, że jest ogromnie pewny siebie. Głaszcze moją mamę, a ja, przypominając sobie, że to on ją uderzył, chowam się za jej tylnymi kończynami. Wyciąga rękę z czymś białym, czymś, co delikatnie świeci, ale nie błyszczy, jak jabłko w jej stronę, a ona to konsumuje bez żadnej zbędnej niepewności. To jest zupełnie coś nowego!
- Kostka cukru – mówi mężczyzna – O niebo lepsza od jabłka, zaufaj mi. Skosztuj.
    Czuję, że powinnam mu zaufać i robię to. Nie chcę być przecież uderzona za nieposłuszeństwo. Podchodzę... Już podnoszę wargi, by je skonsumować, a Haser łapie moją ciemną grzywę, po czym wyciąga niebieski przedmiot zza pleców. Próbuję go szybko zidentyfikować. Jest mi zupełnie obcy. Strasznie chcę się wyrwać, uciec, nie wrócić! Dlaczego on chce mnie uderzyć?! Mamo, ratuj mnie!!! Mężczyzna trzyma mnie bardzo mocno, a ja zaczynam się szarpać!
- Taak, chwila, uspokój się – przemawia do mnie błagalnym głosem, jakby się tym nie przejmował i robił to setki razy, a ja rzucam się jeszcze mocniej.
Dopiero – czyli po około pięciu minutach – uspokajam się. Jego ucisk lekko zwalnia się. W końcu puszcza mnie, a ja stoję zdrętwiała. Nie zostałam uderzona, jedynie czuję irytującą zmianę. Coś przylega do mojego pyska.
- To jest kantar – tłumaczy Haser. Już mu nie ufam. Ten facet jest paskudny.
Jednak to nie koniec męczarni. Przypina mi również niebieski sznur i lekko ciągnie. Stawiam opór. Ciągnie mocniej. Stawiam mocniejszy opór. Analizuję, że jeśli się nie poddam, wyrwie mi tą linkę razem z pyskiem. A jakbym chodziła bez łba? Inne źrebaki by się ze mnie śmiały. Poddaję się więc z dość urażoną dumą, ale zostaję pochwalona za posłuszeństwo czymś tak smacznym, iż czuję, że warto było się poddać człowiekowi. Przynajmniej tyle, ale to do końca nie naprawi zepsutej godności...
    Haser prowadzi mnie w obce mi miejsce, a ja niczym owieczka potulnie drepczę tuż przy jego boku. Wydaje mi się, że słyszę śmiechy innych koni, jest mi wstyd. Mam tak bardzo urażoną dumę! 
    Dochodzimy do czegoś wysokiego. Nie wiem, oni chcą przez to przejść? To jest przecież nie do przeskoczenia. Nagle zauważam kątem oka Janette, jego żonę.
- Janette! Otwórz furtkę! Mam ją! Udało mi się! – macha do niej Haser.
Kobieta szczęśliwie wkłada złoty przedmiot do tej przeszkody, która przynajmniej wydawała mi się nie do przeskoczenia, przekręca i kawałek wielkiego przedmiotu odstaje tak, że można przejść. Aha, czyli to tak pokonują przeszkody ludzie? Idą na łatwiznę? Pfff! Zostaję tam wprowadzona. Kobieta kuca przy mnie, mamrocze coś do siebie i nagle czuję ulgę. Czy ona zdejmuje ze mnie to cierpienie, które nałożył mi jej mąż? Od teraz ją uwielbiam!
- Jeszcze cię nie nazwałam, ups! – mówi mi cicho do ucha. – Kochanie, od dzisiaj jesteś... hmmm... – zastanawia się. – WIEM, WIEM! Asoi! A jak albinos!
Asoi? Ładne!
- Gnaj, Asoi, gnaj! – dodaje.
 Po chwili Janette głaszcze mnie, wychodzi i zostawia samą. Rozglądam się i dalej widzę rozległą polanę oraz drzewa (te nie są ścięte!). Nagle słyszę parsknięcie, daleko w trawie i zauważam moją mamę, Valencję. Moja jasna mamusia i ja jesteśmy wolne! Gnam galopem w jej stronę.
    Zbyt późno zauważam, że to nie ona.

***
Mam nadzieję, że się podobało. Następny rozdział wyjdzie prawdopodobnie dziś. Na razie! ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz